23.05.2017

ShinyBox - maj 2017

Dzień dobry!

Dzisiaj przyszłam pokazać wam tak zwane cuda na kiju, czyli majową edycję Shinyboxa. Nazwa nowego pudełka to PRETTY.HAPPY.YOU. - brzmi zachęcająco, brzmi ciekawie, ale czy po zapoznaniu się z zawartością rzeczywiście czuję się PRETTY i HAPPY?



Poprzednim pudełkiem, ekipa Shiny postawiła sobie poprzeczkę dość wysoko, bowiem było ono pełne kosmetyków z których byłam (a z opinii zamieszczanych na blogach i youtube mogę wywnioskować, że nie tylko ja) prawie całkowicie zadowolona. Tak naprawdę nie podpasował mi tylko liner, którego na co dzień nie używam, kresek robić nie umiem, a na naukę jestem za stara. W tym miesiącu pudełko prezentuje się następująco:

W tym miesiącu kot gratis :P


1. Krem do twarzy Naobay


Unikalna kompozycja bogata w organiczne składniki odżywcze o intensywnym działaniu nawilżającym. Krem głęboko odżywia skórę, jednocześnie poprawiając elastyczność i zapewniając intensywne nawilżenie przez cały dzień. Krem (brzydkie powtórzenie, nieładnie Shiny) jest pełen kwasów tłuszczowych występujących w olejach pochodzących z upraw ekologicznych takich jak olej awokado, oliwa z oliwek, które działają przeciwzmarszczkowo. Aż 98,85% składników jest pochodzenia naturalnego (niemożebne!!!).
(210 zł/50 ml )

Kosmetyk ten był jedynym ujawnionym wcześniej produktem i, jak sądzę, miał pełnić rolę takiego "zachęcacza" do kupna pudełka. Bo wiecie, jeśli ktoś subskrybuje pudełko, to subskrybuje. Ma pewnie jakieś swoje powody, bo gdyby nie miał to by nie subskrybował, tylko jakoś inaczej spożytkowałby swoje pieniądze. A jeśli ktoś nie subskrybuje, i pomacha mu się przed twarzą kremem za 210 zł sugerując "HEJ, PATRZ JAKIE MAMY FAJNE PUDEŁKO!!!!!11!!!!11!!!", to jest większa szansa że je kupi, niż jakby pomachało mu się czymś, co równie dobrze może kupić w drogerii nie obciążając zbytnio swojego budżetu. Mnie osobiście ten krem nie zachęciłby do kupna pojedynczego pudełka głównie dlatego, iż zwyczajnie byłby dla mnie za ciężki. Dlatego właśnie krem Naobay będzie jedynym kosmetykiem z pudełka, który nie zostanie ze mną :D.

2. Bielenda, Intensywne serum - korektor na dzień i na noc


Koryguje niedoskonałości, zmniejsza błyszczenie skóry, zmniejsza widoczność porów, wygładza i dodaje cerze blasku. Serum zawiera mocne składniki aktywne, które działają bezpośrednio i skutecznie radzą sobie z niechcianymi wypryskami i błyszczącą cerą
(17,42 zł/50ml)

Produkty z Bielendy w tym pudełku to była czysta loteria. Oprócz serum, które przypadło mi w przydziale można było otrzymać krem - żel nawilżający na dzień i na noc, korektor punktowy, peeling do mycia twarzy 3 w 1 lub bibułki matujące i powiem Wam, że jak nigdy wcześniej nie byłam tak zadowolona z wyniku takiej "losowanki", bo zazwyczaj trafiałam na coś, co było dla mnie bezużyteczne, lub z czego po prostu zwyczajnie nie byłam zadowolona, bo wolałabym coś innego, tak teraz uważam, że nie mogłam trafić lepiej. Jeszcze tylko niech to robi takie cuda wianki, jakie zapewnia producent, to już w ogóle będę szczęśliwa. Czas pokaże - mam tylko nadzieję, że okejkę, a nie środkowy palec :D.

3. Creightons, Szampon do włosów Argan Smooth


Szampon do włosów Argan Smooth wzbogacony w bogate (aha) przeciwutleniacze, marokański olej arganowy, który głęboko nawilża i odżywia włosy nadając im jedwabistą miękkość i połysk. Zawiera proteiny jedwabiu, dzięki którym włosy są silne, nawilżone i zdrowe każdego dnia. Odpowiednie do każdego rodzaju włosów.
(19.90 zł/250 ml)

O tej firmie wcześniej nie słyszałam, nie miałam również styczności z szamponami w tubce, bo wydawały mi się takie... wynaturzone :D Szampon to miał być szampon, taki w butelce z ładną etykietą :P Ale jako, że ostatnio chętnie testuję wszystkie nowości, tak z przyjemnością (mam nadzieję) przetestuję ten. Kto wie, może okaże się moim nowym, szamponowym ulubieńcem i zdetronizuje organicznego śmierdziela z poprzedniej notki? 

4. Fa, Roll on Soft & Control


Linia soft & control to pierwsze dezodoranty od Fa, które łączą właściwości antyperspiracyjne i pielęgnacyjne (fascynujące). Unikalna technologia Dry Oil zapewnia długotrwałą ochronę przed poceniem i nie wysusza wrażliwej skóry pod pachami. Niczym płatki kwiatów, otula skórę delikatnym, a zarazem trwałym zapachem, który utrzymuje się przez cały dzień.
(8,99 zł/50 ml)

I TO, MOI DRODZY JEST ABSOLUTNY HIT CAŁEGO PUDEŁKA XD. Jego obecność doskonale pokazuje, jak bardzo ShinyBox troszczy się o swoje klientki. Bo wiecie, większość z nas latem musi przemieszczać się komunikacją miejską, I ten dezodorant jest po to, żeby nam w tej komunikacji miejskiej spod paszki nie waliło, Bardzo miły gest ze strony ekipy Shinyboxa. Doceniam i szanuję XD. A tak całkiem serio: uważam, że dawanie dezodorantów do Beauty Boxów to jest jakaś porażka. Nie wiem, moim zdaniem Boxy powinny pozwalać nam testować marki kosmetyków, o których nie miałyśmy pojęcia, mało popularne, albo po prostu takie, na które będąc w drogerii nie zwracamy większej uwagi, bo na przykład mamy swoich ulubieńców. Chodzi mi tu na przykład właśnie o produkty kolorowe, maseczki, maski do włosów, kremy, ale na litość jeża nie dezodoranty. 

5. Herbal care, maseczka do twarzy z olejkiem arganowym do cery suchej i bardzo suchej


Maseczka odbudowuje warstwę lipidową skóry, uzupełnia niedobory substancji odżywczych oraz długotrwale i intensywnie nawilża. Skóra z dnia na dzień staje się zregenerowana, gładka i pozbawiona uczucia suchości. Zawiera olejek arganowy, oligosacharydy z drzewa Tara, kolagen i proteiny pszenicy.
(2,50 zł/2 x 5 ml)

Przepisując opis dopiero przeczytałam, że jest do cery suchej i bardzo suchej i niestety ja jako posiadaczka cery mieszanej zapewne się z nią nie polubię, więc razem z kremem Naobay pójdzie do mojej przyjaciółki. Jest to drugi produkt jako tako losowy, bo oprócz wersji z olejkiem arganowym można było wylosować jeszcze wersję z aloesem, dziką różą i z kwiatem migdałowca do twarzy i ust. Niestety tym razem los się do mnie nie uśmiechnął i trafiłam na najgorszą możliwą wersję. No ale cóż, nie każdemu można dogodzić, prawda? :)

6. Synchroline, zestaw pielęgnacyjny (upominek)


W skład pakietu wchodzą: krem anti - aging z witaminą C, krem do skóry pozbawionej jędrności i elastyczności, krem do skóry pozbawionej blasku i krem rozjaśniający z filtrem SPF 50+


I to by było na tyle jeśli chodzi o majowego ShinyBoxa. Co prawda ani pretty (bo nie oszukujmy się, tej gębie już nic nie pomoże) ani happy się nie czuję, za to wiem, że tego lata na pewno nie będę śmierdzieć w komunikacji miejskiej. A Wy jak oceniacie zawartość nowego ShinyBoxa? Jesteście zadowolone, czy może wręcz przeciwnie?

20.05.2017

Organic Shop, szampon do włosów Skarby Sri Lanki

  Dzień dobry!

  Na sam początek chciałabym pozdrowić Justynę, która kazała mi napisać tę notkę i generalnie dała kopa do rozpoczęcia porządnego prowadzenia tego bloga. Słomiany zapał zawsze był moim problemem tak samo, jak blog nie był moją ulubioną formą przekazywania treści. Jako, że jednak możliwości do nagrywania na youtube (czy tam pies wie gdzie) niestety brak postanowiłam, że już skoro się za to wzięłam to będę o to dbać, bo... bo tak. Także uwaga, będę pozdrawiać:

ELO

koniec pozdrowień XD

  Dobra, to skoro już sobie pośmieszkowaliśmy, przejdźmy do tematu dzisiejszej notki. A będzie nim niesamowicie śmierdzący szampon, który jednak, pomimo zapachu trafia na listę moich ulubieńców. Mowa to oczywiście o szamponie firmy Organic Shop - Skarby Sri Lanki. Szampon ten mogliście zobaczyć w poprzedniej notce a jako, że od niej już trochę czasu minęło i wykończyłam już całą butelkę uznałam, że jestem zaznajomiona z produktem na tyle, by móc coś Wam o nim opowiedzieć.



  Jeśli chodzi o skład, to w sumie nie mam jakichś większych zastrzeżeń. Wesoły SCS na drugiej pozycji nie zrobił mi krzywdy ani nie sprawił, że płakałam po nocach nad jego obecnością i choć zdarzają się osoby, które za wszelką cenę starają się unikać kosmetyków zawierających w składzie tę pozycję nie zrobił mi on nic, przez co mogłabym do nich dołączyć. Nie przeszkadzał mi, po prostu.



   Szampon jest dość gęsty, ma konsystencję takiego, rzekłabym, gluta, jest półprzeźroczysty i - jak wspominałam na początku - ta wersja nie przypadła mi do gustu pod względem zapachu, jednak sądzę, że biorąc pod uwagę jego działanie, spokojnie można mu to wybaczyć :) Jego minusem może być opakowanie - brak w nim jakiegokolwiek dozownika, szampon wydobywa się bezpośrednio z szerokiej szyjki butelki, co w połączeniu z konsystencją produktu może powodować nadmierne "ujście" go z buteleczki i - co za tym idzie - kiepską wydajność. Na plus są zdecydowanie cena (7 - 10 złotych) i dostępność (wiele drogerii stacjonarnych i internetowych). 

  Podsumowując: Producent obiecuje, że po użyciu tego szamponu włosy nabiorą super hiper objętości i fascynującego połysku (shine bright like psu jajca a diamond). Połysku co prawda nie zauważyłam, jednak przy regularnym (nieregularnym z resztą też) zauważyłam, że moje włosy rzeczywiście zyskują na objętości, miękkości, są ładnie uniesione, ale również dłużej zachowują świeżość. Zazwyczaj włosy myję codziennie, bo inaczej wyglądam jak ofiara wojny na śledzie w olejowej zalewie, a w przypadku używania tego szamponu mogłam pozwolić sobie na mycie ich raz na trzy dni. Ode mnie otrzymuje ocenę 8/10 i z pewnością będę do niego wracać, czekają na mnie również dwie inne wersje zapachowe, nieco przyjemniejsze dla nosa, do wypróbowania. 


12.03.2017

Nowości, nowości!


   Dzień dobry!

   Ile razy macie tak, że wstajecie sobie rano z myślą "mam ochotę na shopping", po czym ubieracie się i idziecie na wędrówkę po sklepach, kupując po drodze milion rzeczy, które wcale nie są Wam w tej chwili, już teraz natychmiast potrzebne? Ja niestety mam tak aż za często, jednak zwykle nie miałam czasu ani siły na porządną wyprawę do pobliskiej galerii. Ostatnio jednak wykorzystując chwilową przerwę od pracy znalazłam trochę czasu, który mogłabym "zmarnować" chodząc po sklepach i co z tego wyszło? Zobaczmy!

 

   Włosy mają to do siebie, że rosną - w moim przypadku niestety bardzo szybko (nienawidzę długich włosów!!), więc prędzej czy później na głowie pojawiają się upiększacze zwane odrostami. W moim przypadku co prawda nie widać ich jakoś szczególnie, jednak denerwuje mnie sama świadomość, że tam są. Właśnie dlatego jako pierwsze w moim koszyku wylądowały dwa opakowania farby Syoss (jak słowo daję, muszę iść w najbliższym czasie upitolić te kudły 😮). Kolor, który wybrałam to "lśniący rudy" - ile rudego z tego wyjdzie, czas pokaże :D Farb Syoss używam już bardzo długo i nigdy mnie nie zawiodły, więc mam nadzieję, że i tym razem będę zadowolona z efektu :)


   Idąc dalej, mijałam sklepowe półki dokładnie przyglądając się ich zawartości i tak oto po chwili zatrzymałam się przy regale zapełnionym kosmetykami Makeup Revolution. Cóż, nie ukrywam, że od paru dobrych lat należę do fanek kosmetyków - zwłaszcza paletek cieni - tej firmy, więc i tym razem nie mogłam przejść obojętnie. Jako pierwsze wpadły mi w oko wszystkie rodzaje "czekoladowych" paletek, do których szczerze powiedziawszy nigdy specjalnie mnie nie ciągnęło. Fakt faktem, w internecie przewijały się zdjęcia białych i "mlecznych" czekoladek, które niezbyt mnie zachwyciły, jednak w tym przypadku było zupełnie odwrotnie - przepadłam :) I chyba nie tylko ja, bo jak pozostałych czekoladek na półkach były całe piramidki, tak Chocolate and Peaches została jedna jedyna samotna. Nieśmiało wsadziłam ją do koszyka tylko po to, by przejść kilka kroków i...

   ... i chwycić tę ślicznotkę, zwaną też Day To Night. Czy kwalifikuję się już jako przypadek beznadziejny? Tym bardziej, że ostatnio pozbywałam się wszystkich paletek, bo stwierdziłam, że nie mam ochoty na makijaż oczu i tusz do rzęs w zupełności mi wystarczy. A potem okazało się, że wraz ze zmianą miejsca zamieszkania, zmianie uległo moje zdanie w tej kwestii. Ach, my kobiety... :)

   Skusiłam się również na podkład L'oreal z serii True Match. Słyszałam o nim same dobre opinie i byłam go po ludzku najzwyczajniej w świecie ciekawa. A jako, że mój Astor Perfect Stay jest już na wykończeniu, a znalezienie Catrice HD Liquid Coverage w moim odcieniu (010) jest mniej prawdopodobne niż znalezienie złotego pociągu, postanowiłam się na niego skusić. Tym bardziej, że z ponad 50 zł był przeceniony na 27,99. Andrzej, biere!

 
   Skoro jest podkład, przydałaby się również gąbeczka. Mój beauty blender zdawał się za każdym użyciem błagać o litość, więc postanowiłam, że choć raz w życiu będę dobrym człowiekiem i mu odpuszczę, a w obroty wezmę gąbeczkę z Real Techniques, której też od jakiegoś czasu byłam ciekawa.

     Postanowiłam wziąć też antybakteryjny szampon do mycia pędzli, bowiem do tej pory myłam pędzle szamponem, który niegdyś dla moich włosów się nie sprawdził i byłam ciekawa, czy dostrzegę po używaniu specjalnego szamponu jakąś oszałamiającą różnicę. Cóż, pożyjemy - zobaczymy :)

   Ostatnią rzeczą, na którą skusiłam się w Drogeriach Polskich, był szampon Borago & Sandal Beautiful Volume z firmy Organic Shop. Lubię kosmetyki organiczne, a jako, że z tą firmą nie miałam jeszcze styczności, stwierdziłam "Ju o lo lo, kochana". Jak szaleć, to szaleć ;)

   W drodze powrotnej wstąpiłam również do Golden Rose, gdzie kupiłam rozsławiony już zarówno w blogosferze, jak i na youtube Lip Marker (w kolorze 104). Kosmetyki do ust Golden Rose bardzo lubię - w swojej kolekcji mam pomadki z dosłownie każdej serii, jaką ta firmamjnk4nk oferuje, dlatego i markera nie mogło w niej zabraknąć. Przy okazji dobrałam też konturówkę (nr 526).

   Na dziś to tyle! Dajcie znać na co Wy ostatnio się skusiłyście, a jeśli testowałyście coś z listy powyżej to chętnie poznam Waszą opinię na temat tych produktów :) Tymczasem cześć i siema, i do następnego razu :D







09.03.2017

Dzieeeń-doo-bryyy :)

   Dzień dobry! A może powinnam powiedzieć dobry wieczór? :)

   Nigdy nie pisałam notek powitalnych, więc nie mam w tym wprawy, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda? Lubię sobie ponawijać o kosmetykach a jako, że ludzie obserwujący mnie na snapchacie mogą mieć tego już dość, postanowiłam pozalewać swoją paplaniną część blogosfery.
   Lubię Trudne Sprawy, simsowe seriale i gry komputerowe. No i, rzecz jasna, kosmetyki. Nadużywam emotki "XD" i mam specyficzne poczucie humoru. Nie zamierzam pisać sztywnych recenzji okalanych milionem zdjęć z każdej strony - jak kosmetyk stoi, jak leży, czy stoi krzywo, czy prosto, więc jeśli tego właśnie szukacie - niestety tego u mnie nie znajdziecie :) Będzie na temat, lecz z humorem. Będą zdjęcia, lecz nie zamierzam zalewać Was dziesiątkami takich samych ujęć. Najprościej rzecz ujmując - będzie fajnie :)